Marek Piekarczyk: „Najcenniejsze w Artystach jest właśnie to, czego na pierwszy rzut oka nie widać a czasem nawet nie słychać.”

14 luty, walentynki. Serduszka, parasolki, dominujący kolor czerwieni i przyjemna, romantyczna muzyka w Galerii Marywilska. Przy scenie Marek Piekarczyk, który tuż po zakończeniu koncertu wokalistów z The Voice of Poland, opowiada co to za „zamieszanie” oraz dlaczego to właśnie On dzisiaj ich wspiera.

 Jak to się stało, że w walentynkowe popołudnie znajduje się Pan w Galerii Marywilska?

Przyjaciółka zapytała mnie, czy mam jakiś pomysł na artystów, którzy mogliby wystąpić z okazji walentynek w centrum handlowym. Oczywiście, poradziłem moich przyjaciół z The Voice of Poland. Były na to pieniądze zaoferowałem to i już. Może to nie jest szczyt marzeń, żeby wystąpić w centrum handlowym, ale pośpiewali sobie i zarobili pieniądze. Nie ma w tym żadnego poniżenia. Gdyby to był występ tylko taki jak nieraz robi telewizja, promuje swoje talenty ale muszą śpiewać za darmo w centrach handlowych, a ktoś inny bierze za to pieniądze, a tu jest spoko. Marywilska jest gościna. Ja jestem tylko tym człowiekiem, który sugerował zestaw wykonawców. Jestem jakby menagerem pomiędzy organizatorem a wykonawcami. Aleksandra Węglewicz, Magdalena Meisel i Gracjan Kalandyk. Gracjan nie był w mojej drużynie, wykosił mi moją wokalistkę , ale go lubię i szanuję.

Nie jest to pierwszy koncert, który Pan organizował uczestnikom The Voice of Poland.

Zagrało już u mnie ponad czterdziestu wykonawców z The Voice of Poland. Cały czas coś dla nich znajduję i ciągle grają, chociaż czasami mam problemy z ludźmi, którzy przyznają sobie prawa do ich wykonań. Artysta nie może być głodny i biedny. Beznadzieja! Dbam o to, żeby byli opłaceni. Staram się by na swoich koncertach mieli garderoby, catering, kwiaty, hotel. Żeby czuli się jak Artyści Sceny!

Kończy się program i co dalej, to chyba duża pomoc z Pana strony?

Nie uważam się za jakiegoś dobroczyńcę dla tych ludzi. To jest naturalne. Jest zapotrzebowanie na ich śpiewanie. Ktoś chce mieć fajny koncert, a ja znam dobrych wokalistów i nie zawaham się ich użyć. – śmieje się

Wszyscy mają z tego korzyść i tak ma być. Dla mnie jest to normalne. Uważam, że ja też z tego korzystam. Zapraszam ich na moje koncerty, oni są znakomitą, artystyczną ozdobą, są dobrymi artystami. Nie potrzebuje takiego wsparcia na moich koncertach, bo ludzie i tak przyjeżdżają, ale dlaczego nie? Z drugiej strony sam mógłbym zaśpiewać i zgarnąć sam całą kasę, ale nie na tym to polega.

 Dlatego to jest niesamowite, że Pan tak ich wspiera.

Zawsze ich wspierałem. W The Voice of Poland każdy z wykonawców zawsze mógł do mnie przyjść i rozmawiać o wszystkim, czy był w mojej drużynie czy też nie. Nie ma to znaczenia. Chodzi o to, że wokaliści są bezradni trochę. Potrzebują kogoś doświadczonego, starszego. Oni mówią, że jestem mentorem, ale nie lubię takich słów. Jestem starszym, doświadczonym kolegą, który nie traktuje ich jako konkurencji a wręcz przeciwnie. Chciałbym, żeby tych wokalistów było jak najwięcej!  Nie uważam żebym miał konkurencję. Jestem jedyny – Piekarczyk. Tylko drugi Piekarczyk byłby dla mnie konkurencją. Oni niech będą. Niech będzie jak najwięcej świetnych wokalistów w Polsce, żeby ludzie mieli z czego wybierać, żeby słuchali tego, czego chcą. Nie trzy, te same gwiazdy i koniec.

W wywiadach, często poprawia Pan dziennikarzy, że nie jest Pan jurorem, ale trenerem. Mimo wszystko jednak w pewnym sensie zaczepia się to o bycie również jurorem. Czy to ze względu na tą wieź, którą Pan tworzy z uczestnikami?

Jestem, ale tylko jestem jurorem w tym momencie, w którym oceniam czyjeś występy, po to żeby zostać jego trenerem. Oceniam go tak, że chciałbym być jego trenerem. Nie żeby się popisywać mądrościami i nie żeby podziwiać jacy świetni wokaliści tu przyszli, ale żeby coś zrobić razem.

Często mi się wydaje, że koledzy z mojej branży, którzy wybierają wokalistów nie trafiają. Oni patrzą na to czy stroi, czy coś tam… takie pierdoły… na osobowość jednak niezbyt często. Tak jakoś nie potrafią tego wyłapać, że gdzieś tam może kryć się ktoś wyjątkowy i trzeba mu dać szansę. To jest trudne bardzo.

Takie spojrzenie wymaga dużej wrażliwości.

…ale też nosa bardzo mocnego. Chyba troszkę złapałem bakcyla producenta. To jest bardzo trudny zawód. Bo jak wyłapać kogoś takiego jak Bob Dylan? On by tam wszedł i beczał! No i jak go wyczuć, że on to jest on? Jak wyczuć Ciechowskiego? Gdyby Ciechowski tam zaśpiewał. Nikt by się nie odwrócił!

Oj sepleni, Nie ma trochę głosu, Nie stroi…- przedrzeźnia

A Lyszkiewicz Bogdan? Hm?

Można mnożyć takich wokalistów, którzy nie mieli by szansy na żadnym przeglądzie. Ja też bym nie miał szansy! Umarłbym tam ze strachu, gdybym miał zaśpiewać na takim przesłuchaniu. Na pewno bym źle zaśpiewał.

Czyli jednak stres?

Jasnowidzem trzeba być.

Jest Pan jasnowidzem?

Czasami. 🙂

Stąd pewnie koncerty z tymi ludźmi, przewidział to Pan.

W The Voice of Poland najcenniejsi są ludzie, lubię z nimi przebywać. Najprzyjemniejsze było to, że spotkałem tam tak wielu super utalentowanych, świetnych ludzi. Takie wyraźne osobowości! Nie tylko wśród wokalistów, ale też tych, którzy tam pracują. Ludzie od mikrofonów, odsłuchów, od kamer. Ludzie planu to świetni ludzie! Lubię być z nimi, każdy z nich jest taki wyrazisty. Każdy coś potrafi i to jest piękne! Najcenniejsi są ludzie, spotykać się z nimi to czysta przyjemność.


 

Dodaj komentarz